Al.Niepodległości 69
Podróżować lubi każdy...
lecz rzadko kiedy spotykamy kogoś, kto postawił stopę na wszystkich kontynentach. Istnieje tyle magicznych destynacji, że na podróż marzeń nie sposób wybrać tylko jedną z nich. Zanim więc podejmiemy decyzję słuchamy głosu serca lub portfela i wybieramy się w podróż palcem po mapie.
Jest samo południe. Na zewnątrz Pekin gorący i głośny a tu przyjemnie, chłodno i zacisznie. Siedzę sobie wygodnie w chińskiej herbaciarni i delektuję się cza. Cza to po chińsku herbata.
Wypijam właśnie siedemnastą filiżankę złocistego napoju. Nie jest to jednak wcale wyczyn ponieważ czarki są bardzo malutkie. W jednej takiej filiżance mieści się nie więcej niż w małym kieliszku do wódki. Miła Chinka, ubrana we wzorzyste kimono, parzy herbatę w sposób tradycyjny. Rozpoczyna od przepłukania naczynek służących do parzenia. Następnie odmierza odpowiednią ilość herbaty specjalną miarką. Wsypuje listki do wyparzonego czajniczka i zalewa gorącą wodą. Broń Boże, nie wrzątkiem! Herbaty wrzątkiem zalewać nie wolno! Herbata zalana wrzątkiem umiera, jak twierdzą Chińczycy. Woda do parzenia herbaty nie może mieć więcej niż siedemdziesiąt, osiemdziesiąt stopni Celsjusza. Do czajniczka wlewa się najpierw tylko odrobinę, aby herbata spęczniała. Dopiero po pięciu, sześciu minutach dopełnia się imbryczek. Obserwując zgrabne ruchy herbaciarki dopijam dwudziestą trzecią filiżankę. Za każdym razem piję inny gatunek. Wymyśliłem sobie, że spróbuję wszystkich rodzajów herbaty, jakie mają w tym lokalu. Ciekawe ile mogą ich mieć? Myślę, że czterdzieści, może pięćdziesiąt.
Kiedy tak siedzę przy tym, rozsławionym już na cały świat, napoju przypomina mi się zdarzenie z historii, kiedy to poseł króla Anglii Jerzego III - niejaki pan McCartney - próbował na polecenie swego chlebodawcy rozszerzyć wymianę towarową z Chinami. Problem polegał na tym, że Anglicy kupowali od Chin duże ilości herbaty, jedwabiu i porcelany, nie mogąc jednocześnie zainteresować Chińczyków własnymi wyrobami. Za wszystkie zakupione towary musieli płacić żywą gotówką czyli srebrem. Spędzało im to sen z powiek. Misja pana McCartneya miała ten stan rzeczy zmienić. Wysłannik angielskiego dworu spotkał się z przedstawicielem dworu cesarza chińskiego, Czien Lungem. Odbyła się długa rozmowa na najwyższym szczeblu, po czym minister chiński przekazał list cesarza do króla Anglii. List ten zawierał następujące przesłanie:
Posiadamy wszystko, co istnieje. Nie przywiązujemy wagi do przedmiotów dziwnych lub wymyślnych i nie odczuwamy potrzeby wyrobów waszego kraju. (...) Nasze Cesarstwo posiada wszystkie rzeczy w nieprzebranej obfitości i nie brakuje nam żadnych produktów wewnątrz jego granic. Nie istnieje zatem potrzeba przywożenia wyrobów barbarzyńców zagranicznych w zamian za nasze własne wytwory. Ponieważ jednak herbata, jedwab i porcelana produkowane przez cesarstwo są całkowicie niezbędne dla narodów Europy i dla Was, pozwoliliśmy jako akt wyjątkowej oznaki łaski, osiedlić się kupcom Europejskim w Kantonie, aby Wasze potrzeby zostały zaspokojone, a Wasz kraj doznawał Naszej dobroczynności.
Za to zadufanie we własnej potędze przyszło zapłacić Chinom w przyszłości wysoką cenę. Ale to już inna historia.
Tymczasem dosiada się do mojego stolika kierownik lokalu. Zagaduje grzecznie skąd jestem, jak mi się podoba w Pekinie, ile jeszcze w Chinach zabawię?
Wreszcie po formalnej wymianie zdań i przełamaniu lodów zaczyna opowiadać o swojej pasji czyli... herbacie. Od tego specjalisty dowiaduję się bardzo ciekawych nowinek. Nie zdawałem sobie dotąd sprawy, że przeciętny Chińczyk spożywa około jednego kilograma herbaty miesięcznie. I nie jest to ilość wcale zawyżona! Oznacza to kilkadziesiąt filiżanek wypitych dziennie. Mogę w to uwierzyć, ponieważ trudno w Pekinie spotkać Chińczyka, który nie niósłby ze sobą charakterystycznego termosu z herbatą. Chodząc po mieście odnosi się wrażenie, że Chińczyk bez herbaty po prostu nie rusza się z domu. Nie miałem też pojęcia o tym, że niektóre gatunki herbat jaśminowych zalewa się gorącą wodą tylko na jedną minutę po czym cały uzyskany napar należy ostrożnie wylać do zlewu. I dopiero po tym zabiegu, zwanym przez Chińczyków "czyszczeniem herbaty", rozpoczyna się rytuał prawdziwego parzenia.
Chińczycy najbardziej cenią sobie herbaty zielone i jaśminowe. Obowiązkowo gatunki liściaste. Największym rarytasem jest w Chinach gatunek herbaty zwany "smoczym językiem". Wyjątkowość "smoczego języka" polega na tym, że liście zbiera się tylko wiosną. Są to tylko same czubeczki pędów herbacianego krzewu. Z każdego krzaczka zbiera się tylko jeden, szczytowy listek. Cena tego gatunku jest wprost proporcjonalna do trudności zbiorów. Oznacza to, że za jeden kilogram herbaty tego rodzaju trzeba zapłacić w przeliczeniu nawet od dziesięciu do czternastu tysięcy złotych.
Korzystając z okazji, że mam tuż obok siebie specjalistę, próbuję dowiedzieć się czegoś na temat herbat pitych przez nas w Europie. W końcu herbata zielona nie jest podawana we wszystkich polskich domach. Zarówno Polacy jak i inni Europejczycy popijają herbatę czarną, która - jak wynika z moich obserwacji - na chińskich stołach jest raczej rzadkością. Herbaciany specjalista jest w swoim żywiole. Widzę, że spogląda na mnie z pobłażliwością z jaką mistrz patrzy na kompletnego ignoranta.
- Musi pan wiedzieć - rozpoczyna swoją opowieść - że herbatę czarną rozpowszechnili w Europie Anglicy. U nas w Kraju Środka herbatę taką pije się tylko w zimie. Natomiast herbatę z dodatkiem cukru i mleka piją u nas tylko małe dzieci lub kobiety w ciąży. Prawdziwy smakosz herbaty odmian czarnych raczej nie pije, ponieważ ich aromat jest niezbyt ciekawy i ogólnie rzecz biorąc herbaty czarne to gatunki dość liche niegodne chińskiego, wysublimowanego podniebienia - dodaje.
Zaskoczony tak druzgocącą opinią o naszych herbatach codziennych zadaję podchwytliwe pytanie: co sądzi ekspert o czarnej herbacie uchodzącej za jedną z najlepszych w Europie? Początkowo mój rozmówca nie może skojarzyć nazwy. Dopiero kiedy piszę na kartce nazwę znanej marki zaczyna potakiwać głową, aż wreszcie pokazuje zęby w szerokim uśmiechu.
- Ach tak znam, jest taka herbata.
- No i co, wyśmienita prawda?
Jestem dumny, że jednak mamy u nas też gatunek herbaty, którym przed Chińczykami możemy się pochwalić.
- Znam, znam - ciągnie mój rozmówca - ale większego świństwa to chyba jeszcze w życiu w ustach nie miałem. Toż to nie jest herbata! Nie dość, że czarna to jeszcze z najpodlejszych gatunków zmieszana. Trudno coś takiego nazwać herbatą. To jakieś zmiotki z podłogi hurtownika herbaty. Ci Anglicy wszystko ludziom wmówią żeby tylko zarobić na tym pieniądze. Kupują u nas odpady za bezcen, a potem sprzedają jako coś nadzwyczajnego. Gdybym taką herbatę podał u siebie w domu, nikt z rodziny by do mnie więcej nie przyszedł. Tak by się obrazili. Podać coś takiego gościom to byłby dopiero afront. Obnieśliby mnie na językach po całej okolicy - zupełnie zbity z tropu tą szokującą wypowiedzią zmieniam temat.
- Ile jest gatunków herbaty w pana herbaciarni? Większość chyba już próbowałem. Mam na myśli trzydzieści dziewięć wypitych filiżanek.
- Mamy dość mały lokal więc trzymamy tu zaledwie pięćset gatunków.
Oniemiałem, ale po chwili doszedłem do wniosku, że to tylko językowy lapsus. Pewnie facet miał na myśli pięćdziesiąt i się pomylił. Piszę więc na kartce pięć i zero, a on spokojnie dopisuje jeszcze jedno zero. Pięćset, niemożliwe!!?
- To ile macie gatunków herbaty w Chinach?!
- Ponad tysiąc - pan chciał spróbować wszystkich za jednym razem? Chyba musi pan przyjechać do Chin jeszcze kilka razy. Choćby tylko na herbatę - dodaje ze śmiechem.
Artur Kołpak