English version
Al.Niepodległości 69
02-626 Warszawa
tel. +48 (22) 322 71 50
fax +48 (22) 322 76 56
5stars@5stars.com.pl
zaufali nam:
należymy do:

Podróżować lubi każdy...

lecz rzadko kiedy spotykamy kogoś, kto postawił stopę na wszystkich kontynentach. Istnieje tyle magicznych destynacji, że na podróż marzeń nie sposób wybrać tylko jedną z nich. Zanim więc podejmiemy decyzję słuchamy głosu serca lub portfela i wybieramy się w podróż palcem po mapie.

Grzybobranie z ambasadorem

W czasie licznych podróży po świecie próbowałem przeróżnych, nieraz bardzo dziwnych potraw. Czasem z ciekawości, czasem nie wypadało nie przyjąć poczęstunku a niekiedy po prostu z głodu.

Na mój podróżniczy talerz trafiały takie rarytasy jak smażony wąż i zupa z płetwy rekina w Chinach. Pieczone skorpiony, zupa z jaskółczych gniazd w Tajlandii. Tapir z rusztu, małpa wełnista, piranie a nawet papuga Ara w Amazonii. Idąc na spacer do ZOO uświadomiłem sobie pewnego razu, że większość zwierząt, jakie tam można zobaczyć gościła już na moim talerzu. Kiedy jednak wspominam różne kulinarne perypetie to myślę, że najciekawsza, najśmieszniejsza i najbardziej zabawna przygoda związana z jedzeniem nie spotkała mnie wcale w piaskach Sahary, Amazońskiej Puszczy czy na wyspach Pacyfiku. Taka historia przydarzyła mi się w ... Warszawie.

Pewnego pięknego, słonecznego, jesiennego dnia zadzwonił do mnie zaprzyjaźniony Meksykanin. Prywatnie - znajomy, oficjalnie - jeden z byłych ambasadorów Meksyku w Polsce.
- Artur, co robisz w sobotę? - usłyszałem w słuchawce - Jeżeli masz wolny dzień to zapraszam na grzybobranie.
- Czy to jakieś oficjalne grzybobranie z protokołem dyplomatycznym? - Zapytałem
- Nie, całkiem prywatne
- To jedziemy!

Zjawiłem się w rezydencji w sobotę, punktualnie o dziewiątej rano, tak jak było umówione. Przywitaliśmy się szybko i nie tracąc czasu wsiedliśmy do busa. Ekipa grzybiarzy składała się z ambasadora, jego żony, asystenta, mnie i psa. Był koniec tygodnia, pora wczesna, więc bez przeszkód dotarliśmy do rogatek miasta. W czasie rozmowy zapytałem, jakie właściwie grzyby mamy zamiar zbierać. Bo przecież Meksyk, kraj zaprzyjaźniony wprawdzie, ale klimat zupełnie ma inny od naszego i grzyby takie jak w Polsce tam nie występują. Ale może dyplomata podczas pobytu w naszym kraju zasmakował w polskich zwyczajach i poszukiwanie maślaków w trawie sprawia mu frajdę.
Odpowiedź padła natychmiastowo, ale dla mnie była nie jasna.
- Jedziemy zbierać grzyby, "Quitlacocha"

Od razu zacząłem żałować, że nie zabrałem ze sobą słownika hiszpańsko-polskiego. Nijak, bowiem nie mogłem dojść, co za grzyb ukrywa się pod taką nazwą. Czy to borowik, podgrzybek, maślak, rydz a może jakaś surojadka?
- Zobaczysz na miejscu, zaśmiał się ambasador.
Tymczasem, co innego zaczęło zaprzątać moją uwagę. Zjechaliśmy z głównej trasy, wokół pola jak okiem sięgnąć i ani kawałka lasu.
- Czy my dobrze jedziemy? - Zapytałem
- Doskonale, zaraz będziemy na miejscu - padła odpowiedź
I faktycznie, po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się na drodze w ... szczerym polu kukurydzy. Ambasador zaparkował i zbierał się do wyjścia.
- Ale tu przecież nie ma lasu, powiedziałem z niewyraźną miną
- Las nie jest nam potrzebny
Zdębiałem. No jaja sobie ze mnie robi - pomyślałem. Na grzyby, w kukurydzę!? Na wszelki wypadek przestałem się odzywać, ale za to uważnie patrzyłem, co będzie dalej. Tymczasem cała wycieczka pakuje się w pole między zagony kukurydzy wielkiej na ponad dwa metry, bo to jesień i pora zbiorów. A może w kukurydzy jakiś grzyb rośnie a my Polacy o tym nie wiemy? W końcu kukurydza pochodzi właśnie z Meksyku.

Włażę, więc bez słowa sprzeciwu w te zagony kukurydziane, przeciskam się i wlepiam wzrok w ziemię gramoląc się za prowodyrem tej dziwnej wycieczki. Ale pod nogami tylko zagony szarej ziemi i żadnego śladu jakichkolwiek grzybów, mchów ani nawet porostów nie widać. Po kilku minutach takiego łażenia spróbowałem poprzez gęstwinę kukurydzianych liści, spojrzeć wymownie i pytająco w twarz dyplomaty. I tu kolejne zaskoczenie zbiło mnie niemal z nóg. Wyobraźcie sobie, że mój zamorski grzybiarz wypatrywał czegoś bardzo pilnie skupiony, ale jego wzrok był skierowany nie w ziemię, ale ku górze! No tego mi było dosyć. Wariata ze mnie robi, pewnie zatrzymał się tylko, aby gospodarzowi kolbę kukurydzy podwędzić a nie grzybów szukać - pomyślałem. Ale z drugiej strony, ambasador kukurydzę chłopom podkrada!? Jakoś nie uchodzi. Jakby nas chłop w tej plantacji zdybał to by był dopiero skandal-dyplomatyczny! Już widziałem tytuły w gazetach i śmiałem się do swoich myśli. A do tego ja w tym wszystkim. No po prostu kukurydziana szajka międzynarodowa. Tak sobie myślałem w środku a na zewnątrz z miną pokerzysty zapytałem, czego my tu konkretnie szukamy.
- Jak znajdę to ci pokażę - padła krótka riposta
Przeciskaliśmy się w głąb tej uprawy coraz to dalej od drogi. A nie było to łatwe, bo kukurydza rosła gęsto. Pozostała część ekspedycji, czyli żona, asystent i pies pozostali gdzieś hen z boku a my dalej i dalej. Nagle usłyszałem przed sobą w gęstwinie okrzyk pełen entuzjazmu - Jest, mam, znalazłem, ale piękna! Popędziłem, więc co sił w nogach, aby tę "pięknotę" zobaczyć. Z zielonej plątaniny wyłoniła mi się postać zapatrzona w kolbę kukurydzy. Podszedłem bliżej i kolba dziwna mi się jakaś wydała. I była dziwna. Kolba była żółta i miała ziarenka jak każda kolba kukurydziana, ale było na niej coś jeszcze. Z jednej strony obrośnięta była czymś czarnym, dużym i ohydnym. Jakąś naroślą, pasożytem, pleśnią czy czymś podobnym. Cała ta narośl była wielkości sporego naleśnika, wyglądała odrażająco.
- Co to takiego?- Zapytałem z odrazą
- To właśnie "quitlacocha", a jaka dorodna - padła odpowiedź
I tu nastąpił cały wywód podekscytowanego zbieracza na temat zalet kulinarnych tego okropieństwa. Nie mogąc uwierzyć przezwyciężyłem odrazę i zbliżyłem nos do zdobyczy, aby sprawdzić, czym to pachnie.
- Tylko nie bierz do ust, jest trująca - padło ostrzeżenie
Ta uwaga zbiła mnie już niemal z nóg. Nie dość, że jakaś ohydna pleśń to jeszcze trująca, czy my tu jakąś miksturę na kogoś przygotowujemy? A może jeszcze łapę ropuchy poszukać i skrzydła nietoperza? Pomyślałem. Zebraliśmy jeszcze kilka sztuk tego paskudztwa i wróciliśmy do samochodu. W drodze powrotnej ambasador był zachwycony jak myśliwy po udanym polowaniu. Czy ty wiesz Artur, jaka to wspaniała zdobycz?! Wierz mi, że w Meksyku ciężko jest o tak piękne i dorodne okazy. Musiałbym przyjechać przed świtem, szukać cały dzień i znalazłbym może jedną. Ponadto w Meksyku jest duża konkurencja, wszyscy szukają a tu nie ma nikogo na całym polu. Naprawdę, Polska to wspaniały kraj. Zresztą zaraz sam się przekonasz, jaki to rarytas. Tak sobie gwarząc jechaliśmy do Warszawy. Zostałem zaproszony na kolację z tej dziwnej narośli. No to klops, ale wymówić się było nie sposób, zwłaszcza, że wjechaliśmy już na teren rezydencji.

Udaliśmy się wszyscy do kuchni i tam ambasador osobiście zajął się przygotowywaniem kolacji. Obawiałem się, że to już ostatnia nasza wieczerza w życiu, więc nie odmówiłem kieliszka dobrego wina, zwłaszcza, że w dyplomacji złych win się raczej nie pija. Ambasador tłumaczył mi tymczasem, że świeża quitlacocha zawiera związki trujące i aby się ich pozbyć należy ją sparzyć i to kilkakrotnie. Tak, więc dziwna narośl została trzykrotnie wykąpana we wrzątku i z konsystencji jędrnej i krzepkiej stała się bardziej szmaciana. Wtedy została pokrojona na malutkie kawałeczki i rzucona na rozgrzaną patelnię. Dodano do niej suszoną meksykańską paprykę, cebulkę i jeszcze kilka innych ingrediencji. Z patelni zaczął roznosić się smakowity zapach. Po niecałej godzinie potrawa wylądowała na naszych talerzach. Wyglądało to trochę jak zasmażane grzyby, tylko kolor miało czarny jak sadza w kominie. Wszyscy biesiadnicy rzucili się z apetytem na świeżą potrawę. A ja, cóż, pomyślałem, że Cygan dla towarzystwa dał się powiesić a ja najwyżej dam się otruć. Widząc zachwyt pozostałych "samobójców" złapałem za łyżkę i spróbowałem. Smak był ciekawy; lekko grzybowy, ale złamany aromatem papryki, świeżej kolendry i suszonych pomidorów. Już po chwili prosiłem o dokładkę. Podróże jednak kształcą - pomyślałem. Nawet te bliskie w okolice Warszawy. W godzinę później zaśmiewaliśmy się wszyscy do łez, kiedy naśladowano moje miny i zachowanie podczas pierwszych w moim życiu zbiorów "quitlacochy", meksykańskiego grzyba - przysmaku.

Dla zainteresowanych podaję, że żyję do dzisiaj i cieszę się dobrym zdrowiem a jak zobaczę gdzieś "quitlacochę" to ją zmiatam z półmiska w pierwszej kolejności. Ale samemu przyrządzić jeszcze się nie odważyłem.

Artur Kołpak

2009 © Copyright by 5 Stars Club. All rights reserved.   |homepage|kontakt|polityka prywatności|mapa serwisu
nasza oferta: wyjazdy biznesowe | wyjazdy dla firm | incentive | konferencje i szkolenia