English version
Al.Niepodległości 69
02-626 Warszawa
tel. +48 (22) 322 71 50
fax +48 (22) 322 76 56
5stars@5stars.com.pl
zaufali nam:
należymy do:

Podróżować lubi każdy...

lecz rzadko kiedy spotykamy kogoś, kto postawił stopę na wszystkich kontynentach. Istnieje tyle magicznych destynacji, że na podróż marzeń nie sposób wybrać tylko jedną z nich. Zanim więc podejmiemy decyzję słuchamy głosu serca lub portfela i wybieramy się w podróż palcem po mapie.

Dzienniki samolotowe

Podczas licznych podróży samolotem przeżyłem na pokładzie przeróżne historie. Byłem świadkiem niejednego omdlenia, zawału, ataku kolki wątrobowej, początku porodu, napadów astmy, turbulencji tak silnych, że tace z jedzeniem i napoje spadały na podłogę, bójek między pasażerami, awarii systemów zasilania, poparzenia wrzątkiem a nawet pożaru na pokładzie.

 Wśród tych wszystkich historii jest jedna, która zrobiła na mnie największe wrażenie i mimo upływu lat pozostaje w moich wspomnieniach bardzo żywa. Zdarzenie miało miejsce w listopadzie 2001 roku, zaledwie dwa miesiące po słynnym ataku na wieże w Nowym Jorku. Był to czas, kiedy panowała jeszcze ogólnoświatowa panika i ludzie bali się wsiąść do samolotu. Maszyny latały w połowie lub nawet w trzech czwartych puste. Dzięki temu podróżowało się na lotach międzykontynentalnych tak wygodnie jak nigdy dotąd. Prawie każdy pasażer miał do dyspozycji po kilka miejsc. Płacąc za bilet w klasie ekonomicznej podróżowaliśmy jak królowie życia, rozłożeni wygodnie na trzech lub czterech siedzeniach.

 Był to normalny, rejsowy lot z Rio de Janeiro w Brazylii do Frankfurtu w Niemczech. Wszystko odbywało się jak zwykle, Stewardesy przeprowadziły szkolenie z zakresu bezpieczeństwa. Rozdano napoje, koce, następnie posiłki itd. Po zjedzeniu kolacji przygaszono oświetlenie samolotu. Część pasażerów oglądała filmy lub czytała. Pozostali szykowali się do snu. Miałem miejsce blisko obsługi samolotu. Tuż za moim siedzeniem znajdowała się ściana, za nią po bokach toalety a następnie pomieszczenie gdzie załoga przygotowywała napoje i posiłki dla pasażerów. Po kolacji poczytałem trochę a następnie zasnąłem. Spałem źle. Widocznie informacje prasowe i telewizyjne z ataku lotniczego na World Trade Center buszowały cały czas w mojej podświadomości. Śniły mi się jakieś napady, bójki, hałasy, przekleństwa, krzyki, spadanie naczyń na podłogę a nawet to, że ktoś chce porwać samolot. Chyba zestresowany wydarzeniami ze snu zacząłem się przebudzać. W miarę jak wracałem do świadomości czułem się coraz dziwniej. Odgłosy ze snu zamiast pozostać w krainie Morfeusza i stać się coraz słabsze, aby w końcu zniknąć wraz ze snem, zaczęły przybierać na sile. Co za głupi sen - pomyślałem. I nagle, świadomość wróciła w ciągu ułamka sekundy. Zerwałem się na równe nogi i niemal krzyknąłem:
 - To się dzieje naprawdę!

 Tuż za ścianą rozgrywała się regularna bójka. Słyszałem to na własne uszy! Wyskoczyłem natychmiast z mojego rzędu, aby zobaczyć, co się dzieje. Ponieważ cała akcja rozgrywała się tuż za ścianą, nie miałem daleko. Moim oczom ukazał się widok w takim samym stopniu dziwny jak i przerażający.

 Na podłodze samolotowej kuchni leżał mężczyzna. Na jego klatce piersiowej siedział inny mężczyzna, który z całej siły okładał leżącego pięściami po głowie. Tymczasem po brzuchu leżącego skakał, dosłownie skakał, inny mężczyzna. Kolejny stał z boku i jak tylko zobaczył kawałek wolnego miejsca wymierzał w to miejsce kopniaka leżącemu.

 Widok był straszny. Zakrwawiona była cała jedna ściana kuchni. Od podłogi poprzez szafki, półki aż po sufit. 
 - Ludzie, co wy robicie?! - krzyknąłem przerażony.
 Na te słowa jeden z bijących odwrócił się w moją stronę i wycedził przez zęby:
 - To terrorysta, chciał porwać samolot.

 Kuchnia była malutka, jak to w samolocie. Aby zmieściła się w niej jeszcze jedna osoba nie było mowy. Stałem, więc na zewnątrz. Nie dopcham się, aby mu przyłożyć - pomyślałem - jaka szkoda.

 W końcu facet na podłodze miał dość. Zwiotczał i za bardzo nie dawał oznak życia. W tym momencie dobiegła obsługa samolotu. Stewardesy zaczęły prosić, aby już nie bili delikwenta. Dla pewności owinęli go taśmą klejącą i zostawili na podłodze.

 Podczas gdy w samolotowej kuchni trwał samosąd, wszyscy pasażerowie zdążyli się już obudzić. Informacja o terroryście na pokładzie obiegła całą maszynę niczym błyskawica. Ludzie zaczęli się pchać, aby zorientować się, co się stało i zobaczyć terrorystę na własne oczy. Powstało totalne zamieszanie. Obsługa prosiła, aby ludzie wrócili na miejsca. Nikt ich jednak nie słuchał.

 Wśród nas, pasażerów w ciągu kilku sekund powstał pewien rodzaj bezgłośnego porozumienia, jakaś ogólna synergia ludzi w niebezpieczeństwie, która w krótkim czasie przerodziła się w radość z tego, że zagrożenie minęło, że już po wszystkim. Kiedy po kilkunastu minutach udało się wszystkich jako tako uspokoić, przez interkom popłynął komunikat. Załoga pytała czy znajduje się na pokładzie lekarz, który byłby w stanie opatrzyć pobitego i udzielić mu pierwszej pomocy. W końcu zgłosił się ktoś i obejrzał poszkodowanego. Pobity leżał związany a właściwie sklejony na podłodze tam gdzie go dopadli. Aby ludzie nie rozerwali go na strzępy cały czas pilnowało go dwóch stewardów. Zaczęła się makabreska. Związany facet we krwi leżał na podłodze pilnowany przez stewardów. Co chwilę przychodziły kilkuosobowe wycieczki z drugiego końca samolotu, aby sobie go pooglądać. Sytuacja skojarzyła mi się ze średniowiecznym jarmarkiem.

 Ale to nie koniec historii. Piloci puścili wiadomość w eter. Byliśmy nad Atlantykiem i trzeba było szukać portu lotniczego, który przyjąłby maszynę na lądowanie awaryjne. Tak naprawdę zagrożenie jeszcze nie minęło. Nie było wiadomo czy przypadkiem nie zdążył ukryć gdzieś ładunku wybuchowego w samolocie. Nie było też wiadomo, co znajduje się w jego bagażu.

 Tymczasem nasz terrorysta trochę oprzytomniał i załoga próbowała wyciągnąć od niego jakieś informacje. Bezskutecznie. Udawał niemowę. Na żadne pytanie nie chciał udzielić odpowiedzi. Takie zachowanie rozjuszyło pasażerów. Szykowała się powtórka z samosądu. Stewardesy błagały co bardziej porywczych, aby nie bili już związanego. W takiej atmosferze przelecieliśmy Atlantyk.

 Dostaliśmy też w końcu pozwolenie na lądowanie. Przyjęła nas awaryjnie Portugalia. Po wylądowaniu samolot eskortowano na sam koniec lotniska. Maszyna zatrzymała się na jakimś bocznym od dawna nieużywanym pasie startowym. Zostaliśmy otoczeni przez oddział antyterrorystyczny. Sześciu ludzi w kominiarkach weszło do samolotu i wynieśli sklejonego taśmą terrorystę do samochodu. To był jednak dopiero początek. Po chwili na pokład weszła następna ekipa.

 Zaczęły się poszukiwania bagażu podręcznego zamachowca i przeszukiwanie wnętrza samolotu. Każdy pasażer musiał trzymać przy sobie własny dobytek, aby sprawdzić, która torba zostanie bez właściciela. W tym samym czasie inny oddział otworzył luki bagażowe. Wypakowano wszystkie walizki na płytę lotniska. Kiedy okazało się, do którego pakunku nikt się nie przyznał zjawił się saper w anty-wybuchowym kombinezonie i za pomocą profesjonalnego sprzętu umieścił ładunek w pojemniku na ciężarówce. Postój na portugalskim lotnisku trwał niemal cztery godziny.

 Kiedy znów wzbiliśmy się w powietrze, aby kontynuować lot do Frankfurtu załoga ogłosiła, że ze względów bezpieczeństwa (tym razem zdrowotnego) nie podadzą posiłku ani napojów. Była to logiczna decyzja, cała kuchnia była przecież we krwi. Powiadomiono też pasażerów, że jeżeli ktoś nie zgadza się z tą decyzją może złożyć reklamacje po wylądowaniu we Frankfurcie. Ostatnie godziny lotu spędziliśmy na pokładzie w kompletnym milczeniu. Kiedy koła samolotu dotknęły wreszcie lotniska wszystkim ulżyło.

 Wysiadając pasażerowie żegnali się ze sobą jak z najbliższą rodziną. Były uśmiechy, uściski rąk, poklepywania po ramieniu. Wydaje mi się, że nikt nie złożył żadnej reklamacji. Byliśmy wszyscy ludźmi pełnymi szczęścia i radości.

 Artur Kołpak

 

2009 © Copyright by 5 Stars Club. All rights reserved.   |homepage|kontakt|polityka prywatności|mapa serwisu
nasza oferta: wyjazdy biznesowe | wyjazdy dla firm | incentive | konferencje i szkolenia